Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Wigilijna zupa rybna bez ryby (wegańska!)

Święta za pasem, okres spotkań rodzinnych już się właściwie zaczął, a wraz z nimi rozpoczęła się też fala pytań w stylu: ale jak to, jak nie jesz ryby na Wigilię, to co ty właściwie będziesz jeść? Poniższa zupka rybna bez ryby to odpowiedz na takie, z lekka męczące, pytania. 


Nigdy w życiu nie jadłam ani nie robiłam zupy rybnej. U nas w domu od kiedy pamiętam robiło się na Wigilię barszcz czerwony, który zweganizować właściwie bardzo łatwo, bo trzeba tylko wziąć bulion roślinny zamiast mięsnego, i już, wegański czerwony barszcz gotowy.


Naszło mnie na eksperymenty z zupą rybną bez ryby, bo wypróbowywałam przepis Isy na gęstą zupę rybną, z dodatkiem boczniaków. Potem przypadkiem spróbowałam rosołku z przepisu Jadłonomii (nie wiem jak mnie wcześniej ominął ten przepis, jakoś nieuważnie czytam internety najwyraźniej ;) ) i wtedy przypomniał mi się też przepis na pyszny bulion z reFresh.


I tak, zaczęłam się zastanawiać czy taki bulion z dodatkiem alg, który redukowałby się przez 3 godziny, nie nabrałby przypadkiem bardzo rybnego aromatu? Potem rozważałam, jaką "rybę" dodać do gotowego już bulionu, ale w końcu stwierdziłam, że w isowym przepisie idealnie sprawdziły się boczniaki, więc może i tu będą pasować?


Ta zupa nie jest bardzo pracochłonna (w sumie trzeba tylko posiekać warzywa, i tyle), ale jest dość CZASOchłonna. Trzeba zaplanować godzinę na moczenie alg, a potem 3 godziny na redukowanie bulionu. Z drugiej strony, w pewnym sensie bulion robi się sam: nie trzeba go mieszać, ani nic do niego dodawać w przeciągu tych 3 godzin, kiedy gotuje się on na małym ogniu. Więc można zamknąć drzwi od kuchni, włączyć minutnik w telefonie, i od czasu do czasu zajrzeć do zupy, żeby nie było, że się nią nie interesujemy ;)

Jeszcze słówko o glonach: ja wzięłam wakame, bo akurat takie miałam pod ręką. Znalazłam też przepis na koreańską zupę z glonami wakame, więc stwierdziłam, że się tu sprawdzą. Jeśli nie miałabym akurat pod ręką glonów wakame, pewnie wzięłabym kilka arkuszy nori (tak ze 4-6 arkuszy). Myślę, że taka zupa też nabrałaby rybiego aromatu (w przepisie Isy były użyte właśnie nori), ale sama nie próbowałam.

Gotowej zupy nie zabielałam ani mąką, ani śmietanką sojową czy kokosową, ale pewnie można by ją tak doprawić, zależnie od tego, czy ktoś woli mniej lub bardziej klarowne zupy. Ja po prostu nie chciałam, żeby zrobiła się bardziej zawiesista. Pycha!

Zupa rybna bez ryby

Składniki:

Na bulion:
  • 10 szkl. wody
  • 2 marchewki
  • 2 pietruszki
  • 1 por
  • pęczek natki pietruszki
  • 4 ząbki czosnku
  • 1 cebula
  • 3 listki laurowe
  • 4 ziarenka ziela angielskiego
  • 6 ziarenek pieprzu czarnego
  • 1/3 szkl. glonów wakame, namoczonych w 2 szkl. zimnej wody przez min. 1 h
  • 2 łyżki oleju/oliwy
  • 1-2 łyżeczki soli ( do smaku)


Do dodania do gotowego bulionu:
  • 500 g boczniaków
  • 1 marchewka
  • 1 łyżka oleju/oliwy
  • posiekana pietruszka do podania


Wykonanie:
  1. Namaczamy algi wakame w zimnej wodzie, odstawiamy na ok. 1 h. Po tym czasie dokładnie odcedzamy.
  2. Warzywa na bulion oczyszczamy i obieramy (jeśli komuś tak serce dyktuje, ew. można dobrze oskrobać marchewki i pietruszki i już). Kroimy warzywa, niezbyt drobno.
  3. W dużym garnku rozgrzewamy 2 łyżki oleju/oliwy. Kiedy olej jest już gorący, dodajemy posiekane warzywa i podsmażamy, ok. 10 min. 
  4. Kiedy warzywa są już zrumienione, dodajemy 10 szkl. wody (ja zalewam gorącą wodą). 
  5. Następnie dodajemy do garnka odcedzone glony wakame, pieprz, liście laurowe i ziele angielskie. Zagotowujemy.
  6. Kiedy bulion się już zagotuje, zmniejszamy ogień, przykrywamy i gotujemy przez 3 h pod przykryciem.
  7. Po upływie 3 h odcedzamy bulion (najlepiej używając sitka). 
  8. Dopiero teraz dodajemy soli do smaku. Najlepiej dodawać ją po trochu, nie za dużo na raz, próbując kilka razy,  żeby nie przesolić.
  9. Boczniaki i jedną marchewkę oczyszczamy, myjemy, osuszamy i kroimy - marchewkę w drobną kostkę lub plasterki, a boczniaki w paseczki.
  10. Na patelni lub w innym garnku rozgrzewamy 1 łyżkę oleju/oliwy.
  11. Kiedy olej jest już gorący, podsmażamy na nim pokrojone boczniaki i marchewkę przez ok. 10 min.
  12. Kiedy boczniaki i marchewka już się podsmażą, dodajemy je do bulionu i gotujemy przez 15-20 min.
  13. Do zupy dodajemy soli i pieprzu (jeśli potrzeba). Podajemy posypane pietruszką.

Smacznego!
Anka

środa, 4 lutego 2015

Wegańska indyjska zupa z ciecierzycy z mlekiem kokosowym i zielonym groszkiem

Ta zupa jest cudowna. Cudowna. Kremowa, nieskomplikowana i pięknie pachnąca. Nic tylko namaczać ciecierzycę i obierać ziemniaki. Mniam!


Może ona i nie wygląda zbyt pięknie, może ma kilka dziwnych składników, ale jaka ona jest pyszna! PYSZNA! Rozgrzewająca, sycąca, pachnąca Dalekim Wschodem :)

Bazę zupy stanowią zmiksowane ziemniaki, które sprawiają, że jest ona naprawdę niezwykle kremowa. Z kolei mieszanka przypraw bardzo mi odpowiada, bo zawiera chili, nasiona selera (albo anyżu) i kolendrę, czyli same przepięknie pachnące składniki.

Autorka oryginalnego przepisu pisała, że zupa to jej wersja nadzienia do pierożków samosa, z tym że na takie leniwe dni, kiedy wizja smażenia pierożków jest odstraszająca. W życiu nie robiłam pierożków samosa (to jeszcze przede mną!), ale tę zupę zrobię pewnie jeszcze nie raz. It's definitely a buy :)


Wegańska indyjska zupa z ciecierzycy z mlekiem kokosowym i zielonym groszkiem

moja wersja tego przepisu

Składniki:
  • 1,25 kg ziemniaków
  • 1 łyżka oleju kokosowego (lub innego o neutralnym zapachu)
  • 6 ząbków czosnku, rozdrobnionych

  • 1 łyżeczka kuminu
  • 2 łyżeczki nasion kolendry
  • 1/2 łyżeczki nasion selera (lub anyżu)
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • sól do smaku
  • 1/2 łyżeczki chili
  • 1 łyżeczka suszonej trawy cytrynowej (można pominąć)

  • 6 szkl. wody
  • 2/3 szkl. mleka kokosowego
  • sok z jednej limonki
  • 1 szkl. mrożonego zielonego groszku
  • 1 szkl. suchej ciecierzycy, opłukanej, namoczonej i ugotowanej do miękkości

Przygotowanie:

  1. Ziemniaki obieramy i kroimy w ćwiartki. Gotujemy je do miękkości w gorącej osolonej wodzie i odcedzamy.
  2. W dużym garnku na oleju krótko podsmażamy ząbki czosnku (ok. 2-3 min). 
  3. Przyprawy rozcieramy w moździerzu i dodajemy do podsmażonego czosnku, chwilę trzymamy na małym ogniu (ok. 2 min).
  4. Kiedy przyprawy zaczną już pięknie pachnieć, garnek zdejmujemy z ognia i przy pomocy blendera miksujemy przyprawy na gładką masę, dodając po trochu ugotowane ziemniaki.
  5. Miksujemy przyprawy i ziemniaki, dolewając stopniowo wodę, tak żeby powstała kremowa zupa.
  6. Zupę zagotowujemy i dodajemy do niej ugotowaną ciecierzycę i zielony groszek.
  7. Zupę doprawiamy mlekiem kokosowym i limonką, trzymamy na małym ogniu ok. 15 min, żeby smaki się przegryzły.
  8. Solimy do smaku.

Smacznego!
Anka

wtorek, 6 stycznia 2015

Wegańska solianka - sycąca zupa z oliwkami i ogórkami kiszonymi!

Zupa, którą można zrobić na przeróżne sposoby, zawsze dodając na koniec mocno kwaśne dodatki: oliwki, ogórki kiszone i plasterki cytryny. Idealna, żeby postawić na nogi po imprezowej nocy albo rozgrzać po pracy w zimny i wietrzny dzień.


W wersji oryginalnej w soliance powinno być dużo różnych rodzajów mięsa, ale istnieją też na rosyjskojęzycznych blogach wersje wegetariańskie i wegańskie. To właśnie na kilku przepisach z blogów oparłyśmy naszą wersję tej zupy, a zamiast wkładki mięsnej użyłyśmy wędzonego tofu. Solianka posmakowała nam bardzo już od pierwszego ugotowania!


Wiele przepisów sugeruje dodatek posiekanej kapusty ale: a) nie miałyśmy zapału, żeby siekać kapustę b) nie chciałyśmy zadusić innych składników dodatkiem jakże aromatycznej kapuchy. Także solianka z kapustą jeszcze przed nami.


Ponieważ tylko jedna z nas miała kiedyś szansę spróbować oryginalnej solianki (Magda), druga (Anka) mogła tylko porównywać ją do innych zup, które zna. Solianka przypomina trochę naszą ogórkową, ale dodaje się do niej wielu rzeczy, których nikt przy zdrowych zmysłach nie dodałby do tradycyjnej polskiej ogórkowej. I to przemawia na korzyść solianki, bo jest bardziej sycąca, a przy tym łączy smaki, które raczej nie występują razem (oliwki, ogórki kiszone i cytryna? eee? brzmi dziwnie, prawda?). Co zaskakujące, wszystkie te składniki bardzo dobrze się uzupełniają, Może się to wydawać dziwne, ale to szczera prawda. My będziemy ją robić na pewno jeszcze nie raz :)



Solianka

podpatrzona stąd

Składniki:


  • ok. 3 łyżek oleju (2 łyżki do podsmażania cebuli itp. i 1 łyżka do podsmażania tofu)
  • 1 cebula, posiekana w drobną kostkę
  • 2 ząbki czosnku, rozgniecione
  • 250 g pieczarek, obranych i posiekanych w plasterki
  • 200 g ogórkowy kiszonych (5 szt.), obranych ze skórki i posiekanych w drobną kostkę
  • 2 marchewki, obrane i posiekane w półplasterki
  • 2 patyki selera, posiekane w plasterki
  • 180 g wędzonego tofu, pokrojonego w drobną kostkę
  • 70 g zielonych oliwek (ok. 5 łyżek), pokrojonych w ćwiartki
  • mały koncentrat pomidorowy (70 g)
  • ok. 5 szkl. wody
  • liść laurowy
  • sól i pieprz do smaku
  • plasterki cytryny do podawania (my miałyśmy akurat tylko limonkę)


Przygotowanie:
  1. Na patelni rozgrzewamy olej do podsmażania tofu. Tofu smażymy ok. 10 min, nie mieszając zbyt często, bo tofu się pokruszy. Zamiast mieszać tofu łyżką, lepiej co jakiś czas dobrze potrząsnąć patelnią :)
  2. Podsmażone tofu zdejmujemy z patelni i podsmażamy na niej pieczarki.
  3. W dużym garnku rozgrzewamy olej i podsmażamy cebulę (ok. 5 min).
  4. Do podsmażonej cebuli dodajemy posiekaną marchewkę i selera. Podsmażamy przez kolejne 5 min.
  5. Do cebuli, marchewki i selera dodajemy rozgnieciony czosnek i krótko podsmażamy.
  6. Do podsmażonych warzyw w garnku dodajemy wodę i liść laurowy, a potem podsmażone tofu i pieczarki. 
  7. Zagotowujemy zupę, a potem zmniejszamy ogień i trzymamy na małym ogniu przez 15-20 min.
  8. Następnie dodajemy do zupy koncentrat pomidorowy, pokrojone ogórki i oliwki. Dokładnie mieszamy.
  9. Zupę doprawiamy solą i pieprzem wg uznania.
  10. Gotową zupę podajemy z plasterkami cytryny.
Smacznego!



Anka i Magda

środa, 20 sierpnia 2014

Torcik na rocznicę (bezglutenowy, bez pieczenia)!

Tydzień temu minął rok, od kiedy na tym blogu pojawił się pierwszy wpis. Czego się nauczyłyśmy, co musimy opanować, czego będziemy się starały unikać? Czy nie brzmi to trochę jak pamiętnik Bridget Jones, która robiła listy postanowień na nowy rok, ale nigdy nie udawało jej się ich zrealizować? ;)

 

tytułowy torcik - PRZEPIS NA KOŃCU POSTA!

My nie będziemy składać obietnic, co też zrobimy w najbliższym czasie, a co za pół roku, bo nie wierzymy w takie deklaracje. Plany co do tego, jakie pojawią się tu wpisy, były bardzo różne, a co z tych pomysłów udało nam się zrealizować, to już inna kwestia :)

Rok istnienia bloga skłonił nas do tego, żeby zastanowić się, które przepisy zrobiły największą furorę. I tak, najczęściej wyświetlane wpisy to (aby zobaczyć przepis, wystarczy kliknąć w wybrany obrazek):

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/01/saatka-z-granatem.html 

1. Sałatka z granatem
Popularna pewnie z powodu "dziwnego" składnika, jakim jest granat. A może po prostu dlatego, że jest pyszna? ;)

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/pieczone-warzywa-na-kolacje.html 

2. Pieczone warzywa
Często wyszukiwane hasło "pieczenie warzyw w piekarniku" sprowadziło do nas całkiem dużo odwiedzających. Warzywa do piekarnika!


http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/05/pasta-z-zielonej-soczewicy-i-orzechow.html 

3. Pasta z zielonej soczewicy i orzechów włoskich 
Post promowany przez fejbukową stronę akcji Weganizm: Spróbujesz? Wciąż bardzo nam miło, że tak nas wyróżniono!

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/kotlety-soczewicowe-z-pieczarkami.html 

4. Kotlety soczewicowe z pieczarkami
Jedna z potraw, którą w różnych wcieleniach robimy (prawie) na okrągło. Skusicie się? ;)


http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/06/chleb-z-siemieniem-lnianym-na-zakwasie.html

5. Chleb z siemieniem lnianym na zakwasie
Super chlebek, kolejny post wyróżniony przez Weganizm: Spróbujesz?. Nie robiliście jeszcze chleba na zakwasie? To nic strasznego, a z tego przepisu wychodzi EKSTRA bochenek!

Postanowiłyśmy też przygotować naszą prywatną listę przebojów, dlatego każda z nas wybrała pięć wpisów, które lubi najbardziej.

I tak, ulubione przepisy Anki to:

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/02/migdaowy-sernik.html 

1. Migdałowy "sernik"
Jestem z tego ciasta wybitnie dumna, bo jest kremowe, odpowiednio wilgotne, pyszne. Sernik pierwsza klasa!
 
http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/11/pachnacy-ryz-basmati-z-soczewica-i.html
2. Pachnący ryż basmati z soczewicą i skarmelizowaną cebulą
Najlepszy obiad w 15 min (nie licząc pieczenia krążków cebuli), jaki mogę sobie wyobrazić. Robiłam to danie pewnie z milion razy i na pewno jeszcze nie raz zrobię. Polecam!


 3. Trufle piernikowe
Pyszne czekoladki, które pachną jak prawdziwy piernik. Mniam!

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/04/poisson-davril-czyli-sushi-micha.html 

4. SUSHI MICHA, czyli chirashi sushi 
Dla tych bardziej leniwych - sushi ekspres, do którego można wykorzystać różne świeże warzywka. Naprawdę fajny pomysł na nietypowe danie, chociaż poza algami nie wymaga ono wielu wyszukanych składników.

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/najkrotszy-dzien-w-roku.html
 
5. Panna cotta z Karaibów 
Wydaje mi się, że w przypadku panna cotty wegańska wersja jest jeszcze smaczniejsza, niż żelatynowy oryginał. Do tego mus z mango! Dla mnie rewelacja!

Z kolei Magda wybrała:

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/05/srodziemnomorska-tarta.html

1. Tarta ze szpinakiem, suszonymi pomidorami i czarnymi oliwkami

Lubię ten tekst za różne wstawki filologiczne, rozważania, czy rzeczony placek to tarta czy quiche, oraz jaką lepiej zastosować pisownię - spolszczoną czy oryginalną. A poza tym uwielbiam kruchy spód, który dzięki dodatkowi odrobiny octu nie kruszy się jak typowe tarty.



http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/09/aromatyczna-zupa-na-leniwy-wieczor.html

 2. Grecka zupa z czerwonej soczewicy z cytryną i rozmarynem

Absolutny hit, przepis, który wraca u nas bardzo często. Zupa "leniwa", bo nie wymaga wielu składników i szybko się przygotowuje, a przy tym jest o niebo lepsza od soku wielowarzywnego z kartonu czy innego, nawet zdrowego, fastfoodu. Kombinacja rozmarynu, skórki cytrynowej i czosnku nadaje jej wyjątkowy zapach. A z wyglądu taka niepozorna...

http://www.miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/najlepsza-na-swiecie-czekolada-z-pianka.html

3. Najlepsza na świecie czekolada z pianką

Ten wpis najlepiej oddaje moje kulinarne obsesje: smak, którego kiedyś spróbowałam, a potem z uporem próbuję sama uzyskać podobny efekt. Czasem po długich poszukiwaniach dochodzę do wniosku, że taki "święty Graal" nigdy nie istniał, i tylko ja go sobie wymyśliłam ;)

http://www.miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/08/lody-dla-ochody-na-ostatnie-dni-lata.html

 4. Domowe lody z mleczka kokosowego
Przezabawny tekst Anki, który nie przestaje mnie cieszyć: lody, które "zostały gruntownie przetestowane przez fanów kiełbasy podwawelskiej", a do tego cytat ze Starszych Panów (niespodziewany koniec lata). Delicje!

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/03/pseudonim-operacyjny-szmaragd.html

5. Szmaragdowa pasta do kanapek
 
Tekst na dzień św. Patryka, ze szpinakowym akcentem. Szczerze się uśmiałam, kiedy przeczytałam o tym, jak to "wraca człowiek pod wieczór do domu i nie ma nic przeciwko Dniu Św. Patryka, ale niespecjalnie może się wybrać na irlandzkie piwo (lub raczej kilka :) ), no bo przecież jutro do szkoły, pracy i innych obowiązków." A dalej "trochę to wygląda tak, że Miejscy nic tylko chodzą i świętują (jakieś Dni Liczby Pi, najkrótsze dni w roku i inne rocznice przyznania praw wyborczych kobietom)"... Dzisiaj faktycznie świętujemy, bo blogowi stuknął niedawno roczek, z czego się bardzo cieszymy :D

Na początku naszego bloga znali go tylko "krewni i znajomi", później zapisałyśmy go do portalu durszlak.pl i za każdym nowym postem niecierpliwie obserwowałyśmy, ile osób weszło na bloga przez kliknięcie na durszlaku. Nieco później zaryzykowałyśmy i wysłałyśmy parę zdjęć na finding vegan - i po paru dniach oczekiwania, juhuuu, zostały zaakceptowane! Nie dodajemy tam kolejnych postów, bo nasze przepisy publikujemy tylko w wersji polskiej, wiec obcojęzyczni weganie mieliby problem, żeby z nich skorzystać. Za to ciągle jeszcze, kiedy mamy gorszy dzień albo brak nam weny, wyświetlamy sobie stronę użytkownika miejscyroslinozercy na FV... i od razu robi się nam lepiej :)

Kolejnym krokiem było założenie blogowego fejsbuka. Ulegając namowom znajomych, skarżących się, ze nie dostają powiadomień o nowych postach, założyłyśmy profil, na którym pojawiają się wszystkie nowości - blogowe i nie tylko. Za fejsbukiem poszło zgłoszenie do akcji "Weganizm. Spróbujesz?". Zaczęły nas "śledzić" kolejne osoby, a wybrane posty pojawiły się na tablicy akcji na fb, z czego się niezmiernie cieszymy i co nas pozytywnie zdziwiło (jak to, nasz przepis ktoś POLECA? ;) ).

Blog ewoluował tez pod innymi względami. Na początku bardzo skupiałyśmy się na ładnym brzmieniu zdań, doborze słownictwa, unikaniu powtórzeń. Skutek był taki, ze w postach Anki notorycznie pojawiało się hasło "bura breja", lejtmotywem Magdy był natomiast brak czasu (na gotowanie:)), a oprócz tego hasła "patent" oraz "baza". Co więcej, chociaż obie mamy zacięcie korektorskie, nierzadko po dłuższym czasie orientowałyśmy się, ze w poście tkwił jakiś byk - hitem był tytuł jednego z wpisów "Najlepsze na świecie ciasteczka czekoladą". Najwyraźniej "z" było najsmaczniejsze, bo zostało zjedzone. Te same ciasteczka opisywałyśmy jako "bezglutanowe" Pomne takich doświadczeń zaczęłyśmy zwracać większą uwagę na elementy praktyczne, ale i tu nie obyło się bez wpadek: w przepisie na ciasto  do paja podawałyśmy 1/3 łyżki oleju. Co ciekawe, kazałyśmy tę znikomą ilość tłuszczu podzielić na równe części oleju słonecznikowego, kokosowego i oliwy z oliwek. No cóż, jak talent, to talent.

A wracając do tematu początków bloga: pierwotnie planowałyśmy opublikować zupełnie inny przepis jako nasz pierwszy post. Chciałyśmy zacząć nasz blog na bogato, bo z ogromną ilością czekolady. Co z tego wyszło rok temu w sierpniu? Lody kokosowe. Tak. No więc tak wyglądają nasze postanowienia, deklaracje i takie tam. Pod spodem post, który (już po roku) postanowiłyśmy w końcu opublikować.



Nie wiem, co mi się w nim najbardziej spodobało, ale chyba trudno jest oprzeć się urokowi takiej rozpływającej się czekolady...
Składniki, zakupione zawczasu, dość długo czekały, aż się zabiorę do przygotowania ciasta. Najdłużej zajęło mi szukanie daktyli - te na zdjęciu nie przypominały niczym suchych owoców, dostępnych w większości  naszych sklepów. Najpierw zastanawiałam się, jak przeliczyć proporcje na nasze "polskie" daktyle, ale w końcu dałam się skusić na ogromne daktyle Medjool, dostępne na stoisku w Galerii Krakowskiej (ale i na Starym Kleparzu :D). Nie należą do najtańszych, ale wyglądem przypominały wreszcie te z oryginalnego przepisu. Jeśli chodzi o smak, okazały się podobne do innych daktyli, więc wkrótce pewnie przeprowadzimy próbę z daktylami z paczki albo z daktylami organicznymi z Tesco (hahahaa - przez cały rok nie zebrałyśmy się do tych prób, bo i to, i tamto trzeba było wypróbować; kolejny przykład, jak w naszym wykonaniu kończy się składanie obietnic ;) za to specjalnie dla Was zważyłyśmy daktyle organiczne z Tesco: jeden waży 8-10 g; dla porównania, jeden Medjool to 27 g, a zwykły mały daktyl - 5 g).
A teraz do rzeczy: składniki sobie czekały, czekały… ja się zabierałam do roboty, ale opornie - aż przyjechała Anka :) Starym sposobem, próbowałam na nią wyoutsourcować przygotowanie ciasta (ty zrobisz, my zjemy), ale skończyło się tak, że zrobiła część, a ja resztę (powiedzmy, że pół na pół :) ).


A pracę warto sobie podzielić, bo ciasto, chociaż niewielkie, ma warstw co niemiara; na dokładkę jeszcze, układa się je do góry nogami, więc to, co jest spodem, kładzie się na końcu... ale po kolei.


Ciasto z kremem z nerkowców z polewą czekoladową (bezglutenowe, bez pieczenia)

Wcześniej: można tylko namoczyć orzechy nerkowca (1/2 szkl.)
Zaczynamy od tego co, będzie na górze:

Warstwa 1

  • 1/2 szklanki orzechów włoskich
  • 4 duże daktyle (bez pestek) - 110 g
  • 2 łyżeczki syropu klonowego albo stewia do smaku
  • szczypta soli
  • 1 łyżka oleju (w oryginale kokosowy, ale może spokojnie być rzepakowy lub słonecznikowy)
  • 1/8 łyżeczki cynamonu
Wszystkie składniki mielimy blenderem na jednolitą masę.
Foremkę na ciasto (oryginalne wymiary: średnica 10 cm, głębokość 7,5 cm – dobrze sprawdzają się metalowe miseczki do przechowywania żywności) wysmarować olejem. Można wcześniej wyłożyć miskę folią (wystarczy też zwykły plastikowy woreczek), bo znacznie ułatwi to późniejsze manipulowanie ciastem.
Wylepiamy foremkę masą. Po odwróceniu (ale na to jeszcze nie czas!) znajdzie się ona na górze.
Można teraz włożyć na trochę do zamrażalnika (tak zrobiła Anka), albo przejść do kolejnych warstw.

Warstwa 2

  • 1/2 szkl. orzechów nerkowca (wcześniej namoczyć)
  • 2 1/2 łyżki ciepłej wody
  • 2 łyżeczki oleju o neutralnym zapachu (w oryginale kokosowy)
  • 2 daktyle (bez pestek) - 55 g
  • parę kropel olejku waniliowego
Nerkowce, jeśli były wcześniej namoczone, odsączamy. Miksujemy z pozostałymi składnikami. Ma powstać gładka masa.
Masą wykładamy do miseczki.

Teraz czas na spód (czyli chwilowo wierzch :)).

  • 1/3 szkl. orzechów włoskich
  • 1 daktyl (bez pestki) - 27 g
  • 1 łyżeczka siemienia lnianego ( w oryginale raw hemp seeds) – my w ogóle o tym zapomniałyśmy :D
Też miksujemy wszystkie składniki, ale masa nie musi być idealnie gładka.
Masę układamy na poprzedniej, kremowej warstwie.
Jeśli wcześniej nie schłodziliśmy ciasta, warto je teraz wstawić do lodówki.
Nasze było dosyć zimne, chociaż w zamrażarce siedziała tylko pierwsza warstwa.
Kiedy ciasto porządnie się schłodzi i zastygnie, przy pomocy talerzyka trzeba je odwrócić do góry nogami. 

Następnie czas na przygotowanie polewy czekoladowej. Przepisy mówią tu najczęściej o kąpieli wodnej, czyli tańcu z rondelkiem na gazie – ja za tym nie przepadam, bo zawsze się boję, że wyleję na siebie zawartość obu naczyń. Przepis oryginalny mówił o mikrofali, a my zastosowałyśmy patent opracowany przez Ankę, czyli miseczka z gorąca wodą (z czajnika), do środka druga miseczka, a w niej składniki:

  • 1/2 tabliczki czekolady (u nas – Krakowska gorzka) - 50 g
  • 1 1/2 łyżki oleju
Czekoladę należy połamać w kostki, a potem co jakiś czas przemieszać, żeby kawałeczki równomiernie załapały ciepło od ścianek miseczki. Czekolada się idealnie roztapia, a my kulinarne akrobacje mamy z głowy. Pozostaje już tylko oblać schłodzone ciasto czekoladą i zostawić, aby zastygło (w lodówce; w oryginale była zamrażarka – to jeśli się komuś śpieszy, u nas lodówka sprawdziła się znakomicie).
Ciasto prezentuje się bardzo okazale, a nie trzeba nawet nic piec!



Dziękujemy wszystkim, którzy do nas zaglądają :) Mamy nadzieję, że zajrzycie jeszcze nie raz!

Miłego gotowania!

Anka i Magda

czwartek, 3 lipca 2014

Prawie kolumbijska zupa z czerwonej fasoli, papryki i ziemniaków

Zupa prawie kolumbijska, bo zamieniłam kilka składników na takie, które są łatwiej dostępne w Polsce. Zupa jest sycąca, ma aromatyczną mieszankę przypraw, a co najlepsze, podaje się ją z pieczonymi ziemniakami. Brzmi interesująco? :)


Ostatnio mam mniej wolnych chwil, żeby uważnie śledzić wszystkie przepisy, które aktualnie podbijają całą blogosferę. Teraz sytuacja wygląda tak, że jeśli znajdę jakiś przepis, który mi się podoba, od razu myślę kiedy by go wykorzystać. Sprawdzam, czy mam pod ręką potrzebne składniki i zabieram się za przygotowywanie dania zanim zapomnę, że w ogóle chciałam je wypróbować.


Przestałam gromadzić zakładki z przepisami "na później", bo przekonałam się już, że takie odkładanie na nie wiadomo kiedy jest bezsensowne. Dlatego właśnie przepis z tej strony przeszedł taką metamorfozę: gotowałam fasolę jednak oddzielnie (bo kiedy trafiłam na ten przepis miałam już gar ugotowanej czerwonej fasoli), zamieniłam plantany warzywne na ziemniaki pieczone w piekarniku, bo podobno plantany są mączyste i smakują podobnie do naszych kartofelków. Nie wiem, wierzę na słowo, sama nie miałam okazji spróbować takich zielonych, warzywnych bananów-plantanów.


Poza tym, zamiast świeżej kolendry użyłam polskiej pietruszki, bo gdzie bym tak w momencik wynalazła przyprawę, o której pisali w oryginalnym przepisie? W ten sposób powstała moja przeróbka tej kolumbijskiej potrawy, czyli właśnie zupa prawie kolumbijska. Idealna na zimniejsze dni, dobrze sprawdzi się w roli większej zupy na obiad czy bardziej krzepiącej kolacji po długim dniu. Pycha! 



Prawie kolumbijska zupa z czerwonej fasoli, papryki i ziemniaków

Składniki:
  • 1 szkl. suchej czerwonej fasoli
  • 1 cebula, drobno posiekana
  • 3 ząbki czosnku, rozdrobnione
  • 1/2 czerwonej papryki, pokrojonej w drobną kostkę
  • 1 zielona papryka, pokrojona w drobną kostkę
  • 1/2 łyżeczki kuminu
  • 1/2 łyżeczki oregano
  • 1 liść laurowy
  • 2 łyżki suszonej włoszczyzny
  • 1 łyżka oleju
  • 6 szkl. gorącej wody
  • 2 łyżki koncentratu pomidorowego
  • sól i pieprz do smaku
  • posiekana świeża pietruszka do podania


  • 2-3 średniej wielkości ziemniaki, obrane i pokrojone w ósemki
  • 1 łyżka oleju
  • sól

  1. Fasolę namaczamy i odstawiamy na noc LUB zalewamy gorącą wodą i odstawiamy na godzinę. Po namoczeniu jedną lub drugą metodą, odsączamy fasolę, dokładnie płuczemy i zalewamy świeżą wodą. Zagotowujemy i trzymamy na małym ogniu aż fasola zmięknie (ok. 1-1,5 h).
  2. Kiedy fasola jest już miękka (może się nawet zacząć trochę rozklejać), zdejmujemy ją z ognia i odcedzamy.
  3. W dużym garnku rozgrzewamy 1 łyżkę oleju, podsmażamy pokrojoną w kostkę cebulę (ok. 3-5 min).
  4. Do garnka dodajemy pokrojone drobno papryki i wyciśnięte ząbki czosnku. Trzymamy na średnim ogniu i mieszamy co jakiś czas, żeby nie zaczęły przywierać (ok. 5 min).
  5. Dodajemy przyprawy (kumin, oregano, suszoną włoszczyznę i liść laurowy). Dodajemy ugotowaną i odsączoną fasolę. Dokładnie mieszamy.
  6. Do garnka wlewamy 6 szklanek wody, zagotowujemy. Następnie zmniejszamy ogień i gotujemy zupę na niewielkim ogniu przez 1 godzinę.
  7. Po tym czasie dodajemy koncentrat, sól i pieprz.
  8. Zupę podajemy z pieczonymi ziemniakami i świeżą pietruszką.
     
Żeby przygotować ziemniaki:
  1. Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni Celsjusza (ja ustawiam na grzanie tylko z góry i piekę na najwyższej półce w piekarniku).
  2. Pokrojone ziemniaki obtaczamy w 1 łyżce oleju i posypujemy solą. Układamy na wyłożonej folią lub papierem blasze i wkładamy do uprzednio nagrzanego piekarnika.
  3. Pieczemy ziemniaki w piekarniku aż się zezłocą (ok.15-20 min).
Smacznego!
Anka

środa, 6 listopada 2013

Kremowa zupa z pieczonej papryki

Papryka to niekoniecznie dodatek do sałatki albo czerwony pasek na kanapce, która inaczej wyglądałaby smętnie. Papryka doskonale nadaje się też na jesienną zupkę.


Pachnące, ciepłe zupy to konieczność jesienną porą. Inaczej ciężko byłoby przetrwać te bure miesiące, kiedy słońce zachodzi zanim się na dobre rozkręciło (tak tak, jestem fanką zmiany czasu ;) ). Jeszcze na szczęście nie nadszedł ten czas, kiedy wstaje się po ciemku i po ciemku wraca, chociaż wcale nie z imprezy... ale, o zgrozo, idziemy w tym kierunku. Niestety nie ma na to skutecznej rady.

Istnieje za to środek zaradczy w postaci miski kolorowej, aromatycznej zupy, w tym przypadku z papryki. Żeby papryka ujawniła swoje ukryte zalety i zaczęła pachnieć w całym mieszkaniu, trzeba ją upiec w piekarniku.

Pieczenie papryki w piekarniku jest bardzo łatwe, ale trzeba pamiętać o kilku ważnych sprawach:
  • piekarnik musi być nagrzany do bardzo wysokiej temperatury (można ustawić grzanie tylko od góry, postawić papryki na maksymalnie najwyższym poziomie w piekarniku i kontrolować sytuację)
  • skórka papryki musi się spalić (nie zawsze uda się to zrobić równomiernie, czasem zostaną wąskie paski niespalonej skórki, to żaden dramat, po prostu trudniej będzie skórkę w tych miejscach zeskrobać)
  • surowa papryka czy nawet taka dobrze uduszona papryka nigdy nie da tak aromatycznej potrawy jak pieczona papryka
  • żeby piekarnik nie chodził na marne, można upiec od razu więcej papryki i zachomikować w lodówce.
Chociaż z pieczeniem papryki w piekarniku jest trochę zamętu,  naprawdę warto się zaprzyjaźnić z tą metodą przygotowania.



Kremowa zupa z pieczonej papryki

przepis pochodzi z tej strony
  

Składniki (na 2 porcje):

  • 2 łyżki oliwy
  • 1 por, umyty i pokrojony (bez tych włóknistych zielonych części)
  • 1 mała cebula lub 1/2 średniej, posiekana w kostkę
  • 1 ząbek czosnku, rozdrobniony
  • 1 mały ziemniak, obrany i pokrojony
  • 1 liść laurowy
  • 1 czerwona papryka
  • 1 i 1/2 łyżeczki mielonej słodkiej papryki
  • 2 szkl. wody
  • 1 łyżka suszonej włoszczyzny
  • sól i pieprz

Przygotowanie:


  1. Nagrzewamy piekarnik do 240 stopni. Paprykę myjemy, wycinamy środek z pestkami, kroimy na pół. Kładziemy na formie wyłożonej folią aluminiową (przykleja się!). Pieczemy ok. 15 min, aż skórki zrobią się czarne. Wyjmujemy z piekarnika, i albo od razu obieramy (uwaga, gorące!), albo wkładamy do plastikowej torebki i zostawiamy, aż ostygnie, a dopiero wtedy zdejmujemy skórki. Obraną paprykę kroimy w grubą kostkę.
  2. W garnku podgrzewamy oliwę, dodajemy pora, cebulę, czosnek. Smażymy na średnim ogniu aż zmiękną. Mieszamy od czasu do czasu, żeby nie przyklejały się do dna.
  3. Dodajemy pokrojonego ziemniaka, upieczoną paprykę i słodką paprykę. Mieszamy i smażymy jeszcze ok. 2 min. 
  4. Dodajemy wodę, włoszczyznę, liść laurowy. Zagotowujemy, zmniejszamy gaz i gotujemy, aż ziemniaki zmiękną, ok. 15 min.
  5. Kiedy ziemniaki zmiękną, zupę zdejmujemy z gazu i wyjmujemy liść laurowy. Miksujemy zupę aż zrobi się gładka. Doprawiamy solą i pieprzem.
  6. Podajemy posypaną chili lub słodką papryką, ewentualnie z dodatkową łyżką oliwy.

Smacznego!

Anka

piątek, 27 września 2013

Aromatyczna zupa na leniwy wieczór

Co zrobić, kiedy pomysłu na kolację nie ma, a w lodówce pucha? Ja najczęściej marzę w takich momentach o zupie - gorącej, pysznej i sycącej. 


Wszystkie te wymagania spełnia zupa z czerwonej soczewicy. Nie dość, że prawie zawsze wszystkie składniki mam na stanie, to jeszcze przygotowanie tej zupki zajmuje może 30 min (to już z myciem naczyń).


Na przepis trafiłam na tej stronie i od razu spodobało mi się, że zupa ma intensywne, aromatyczne składniki takie jak czosnek, rozmaryn i cytryna, a przy tym jej bazę stanowi bardzo "najadliwa" czerwona soczewica. Przepis, który nie wymaga dodatkowych ulepszeń!


Niestety, zupka prezentuje się dość niespecjalnie (wygląda przecież jak bura breja, podobna do polskiego krupniku), ale wygrywa smakiem i bardzo zachęcającym, czosnkowo-cytrynowym aromatem. Zapach cytryny jest wyjątkowo intensywny dzięki temu, że oprócz soku używa się też świeżo startej skórki z cytryny. Taki pomysł może się wydawać dziwny, ale dzięki dodaniu skórki cytrynowej zupa nie jest nudna, bo olejki eteryczne ze cytryny i suszone zioła idealnie do siebie pasują. Polecam na jesienne wieczory, kiedy brak weny do gotowania, a coś tam by się jednak zjadło. Mniam!

Grecka zupa z czerwonej soczewicy z cytryną i rozmarynem


Składniki:

  • 1 łyżka oliwy
  • 1 cebula, pokrojona w drobną kostkę
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 4 ząbki czosnku
  • 2 drobno pokrojone marchewki
  • 1/4 łyżeczki pieprzu
  • chili do smaku
  • 1/2 łyżeczki rozmarynu
  • 1 łyżeczka oregano
  • 1 liść laurowy
  • 1 szkl. opłukanej zimną wodą i odcedzonej czerwonej soczewicy
  • 4 szkl. wody + 2 łyżki suszonej włoszczyzny (lub sama woda)
  • skórka starta z 1/2 cytryny
  • sok z 1/2 cytryny
  • pieprz (przy podawaniu)
  • oliwa z oliwek (przy podawaniu)

Wykonanie:


  1. W garnku podgrzewamy oliwę, dodajemy posiekaną cebulę i podsmażamy, aż cebula zrobi się szklista (ok. 10 min). Następnie dodajemy czosnek, marchewkę, rozmaryn, oregano, liście laurowe, chili i sól. Dokładnie mieszamy i podsmażamy, aż marchewka zrobi się miękka.
  2. Dodajemy przepłukaną soczewicę i wodę z włoszczyzną i zagotowujemy. Kiedy zupa się zagotuje, zmniejszamy gaz i trzymamy na małym ogniu, aż soczewica zmięknie, a nawet zacznie się rozklejać.
  3. Dodajemy skórkę i sok z cytryny, a przy podawaniu posypujemy pieprzem i ewentualnie oliwą.

Smacznego!

Anka